Cause this is the end of the rainbow..

..where no one can be too sad.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy zdaje sobie sprawę, że podjął złą decyzję.

Jestem na etapie uświadamiania sobie własnych błędów. Ani to miłe, ani produktywne. Po prostu mam za duźo czasu i zbyt mało rzeczy do zrobienia (serio?!), by wyszło z tego coś dobrego.

Czasem coś niezbywalnego, staje się czymś obojętnym, a obojętne - niechcianym. I nigdy nie wiem jak to powiedzieć.

Bez sensu jest pisanie o problemach na tym pieprrzonym blogu, jednak to zawsze jakiś sposób na odreagowanie. Przygodny seks też by pewnie pomógł, ale po co mi wyrzuty sumienia i choroby weneryczne. Jednak podziękuję.

NO i skończyła mi się wena, jeżeli ją miałam. Pieprzyć wenę, pieprzyć tego bloga i pieprzyć bezsensowne problemy 21-latki nie posiadającej w rzeczywistości problemów. Tak, i pieprzyć mnie, bo jak Boga kocham, to ostatnia deska ratunku dla mojego spaczonego umysłu. I albo mi to pomoże, albo całkowicie się wykoleję jak cholerny pociąg towarowy i wtedy już oficjalnie będę nienasyconą idiotką, która czekając na NAJLEPSZE, straciła wszystko co było w jej życiu DOBRE.

Brawa dla mnie - kobiety, która nie potrzebuje ciąźy, by mieć najbardziej popieprzone huśtawki nastrojów, jakie ludzkość widziała.

Tagi: ...
15.01.2012 o godz. 12:03

nie piszę ostatnio, bo raczej nie mam o czym.
nie mam większych problemów.
nie mam większych marzeń, które pozostałyby w kolejce "do spełnienia".
nie mam powodów do zmartwień i smutku.

mam JEGO i chociaż wiem, że to naiwne i zabrzmię jak zakochana dziewczynka ze szkoły podstawowej, uwielbiam GO mieć.

jestem szczęśliwa.

Tagi: Kaś
09.01.2012 o godz. 00:21
Dawno nie pisałam. Wiem. Nie miałam weny, nie chciało mi się, nie było o czym? Sama nie do końca rozumiem dlaczego tak.
W każdym razie nic się nie zaczęło i nic nie skończyło. Nie zaliczyłam większych upadków, ani kolosalnych porażek. Nie doświadczyłam też ogromnych euforii czy napadów bezgranicznej radości.
I, wiem, że może to się wydawać bezsensowne, ale pokochałam tę monotonię. Brak ciosów z każdej, a przede wszystkim ze swojej strony jest szalenie miły. Wszystko toczy się własnym biegiem i nie mam potrzeby niczego przyspieszać ani spowalniać. Niech po prostu płynie. Bo przecież wszystko płynie.
Studia, mimo, że niekoniecznie ciekawe, zaczną wreszcie przynosić radość, ponieważ zrozumiałam, że są tylko etapem przejściowym - drogą w stronę lepszego startu, jeżeli mogę to w ten sposób nazwać.
Kolejna kwestia, czyli kontakty międzyludzkie. Cóż, byłabym pieprzoną hipokrytką, gdybym narzekała w tej materii, ponieważ jest po prostu tak jak być powinno. Bez cudownych fajerwerków, które w końcu prowadzą do rozległych poparzeń i bez wewnętrznej pustki. To takie moje. Nasze.
Następnym motywem jest moje uzależnienie, które ostatnimi czasy pewna osoba regularnie komentuje - wybacz, ale zakupy kocham prawie bardziej niż Ciebie i nie wyrzeknę się ich. NEVER! Powiem nawet więcej: niedługo podziękujesz mi za zakup cudownej spódniczki z New Yorkera, zamiast nabijać się bezczelnie z mojego, nieodkrytego jeszcze do końca zakupoholizmu.

Zacznę może małe podsumowanie, bo i tak rozpisałam się zbyt mocno.. Jak widać - wszystko układa się dobrze i na nic nie mogę narzekać (chociaż i tak to robię, wiem). Uwierzyłam w rzeczy, których kiedyś nie przyjęłabym do świadomości. Powściągnęłam mój zabójczy chwilami temperament (ale niecałkowicie, bez przesady!) i stałam się podobno słodsza, chociaż jakoś tego nie zauważyłam. I nadal mam napady niezdarności - skaleczyłam się włączając nocną lampkę (nie, nie wiem jak to zrobiłam).

Tak, to by było na tyle. Chociaż.. może jeszcze maleńka konkluzja: nienawidzę zawziętych kretynek. :)
Tagi: zwyczajnie
03.12.2011 o godz. 21:56

Czasem bywają takie chwile, kiedy człowiek musi przystanąć i zastanowić się co dalej. Momenty, gdy każdy kolejny krok postrzegany jest jak pomylenie bramek podczas decydującego meczu - wszystko co można zrobić - zaszkodzi.

Wydaje mi się, że znajduję się właśnie w takim momencie. Mam wybór - zmenić swoje życie czy dalej podążać łatwym szlakiem, który nie wymaga żadnego wysiłku.
Cholera, ciężko jest rozpocząć nową drogę, nie wiedząc co człowieka tam czeka.

Myślałam, że ciężko jest podejmować decyzje dotyczące faceta, przyjaciół czy znajomych, ale przecież jest pieprzenie trudniej kiedy sprawa dotyczy tylko jednej osoby, która powinna być dla mnie najważniejsza - mnie samej.
Myśląc nad tymi wszystkimi szlakami, jakie zdążyłam już w swoim życiu zwiedzić, zdałam sobie sprawę, że każda kolejna decyzja była uwarunkowana zdaniem innego człowieka, a przynajmniej brałam takowe zdanie pod uwagę decydując w każdej sprawie. Wydaje mi się, że teraz czas na mnie. Na przemianowanie wartości i zastanowienie sie nad priorytetami.

Cóż, może tym razem uda mi się oderwać od przyzwyczajeń, jakie sama na siebie nałożyłam - uzależnienia od zdania obcych, nic nieznaczących osób. Bo, do cholery czyje to w końcu życie?
12.11.2011 o godz. 17:09
taa. no i weszłam. no i trochę się boję? no i to wszystko nieważne, bo przecież najważniejsze jest to, co się dopiero zdarzy, prawda?

pamiętam jak jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie ma opcji, abym bawiła się dwa razy tą samą zabawką, choć może to być złą metaforą. w każdym razie każdy rozumie co mam na myśli, prawda?
no i w tym momencie mogę wprost powiedzieć, że te wszystkie zasady, którymi się kierowałam, złamałam. o.
cóż, nie wiem czy jestem z tego dumna, ale z pewnością tego nie żałuję... jeszcze. chyba.

nie, nie żałuję, cholera!

dość przemyśleń na dziś i dość zastanawiania się nad jakimiś bzdurnymi teoriami panny K., bo nie skończyłoby się to aż do jutra... do następnego miesiąca. eh.

tak więc, jest mi dobrze - teraz. i jestem dość zadowolona - teraz. i nawet nie przejmuję się przeszłością - teraz, bo to jednak miłe myśleć o czymś, co dzieje się TERAZ.

jak zawsze - chaotycznie. jakoś nie jest mi przykro z tego powodu.

rada na dziś - alkohol jest zły!
Tagi: to co zawsze
25.10.2011 o godz. 17:10
Tak więc dziś porozmawiamy o kłopotach. - rzekła doktor K., zastanawiając się głęboko czy jej słowa mają jakikolwiek sens.

Siedząc bezczynnie, jeszcze troszkę zaspana, nieogarnięta, nie myśląca do końca jasno, wymyśliłam, że jestem niesamowitą egoistką. Prawdę mówiąc, żadna nowość, aczkolwiek świadomość takiego postępowania jest pewnym dyskomfortem.
Tak długo, jak moje problemy były tymi najważniejszymi i nie miałam czasu zwracać uwagę na resztę świata, przeświadczona dogłębnie iż to mnie powinno się współczuć, było dobrze.
Znaczy, na tyle dobrze, na ile możliwe to było w danej sytuacji.
Jednak bywa w życiu tak, że nagły zwrot akcji zmusza do zastanowienia się nad sobą i ... no, zmusza do ogólnego zastanawiania się. Moim prowodyrem przewrotu życiowego był bezwzględny pan M., na którego wspomnienie mam ogromną ochotę coś rozwalić.
Mniejsza o to.
COŚ sprawiło, że zaczęłam myśleć nad problemami, z którymi borykają się inni ludzie. Nie zrozumcie mnie źle - nie stałam się nagle uczuciową dziewczynką chętnie udzielającą pomocy innym, nadal jestem egoistką. Jednak gdyby przeanalizować toki myślowe, jakimi podąża teraz mój umysł, to coś jednak się zmieniło. Zauważyłam, że niektórzy mają większe problemy i dziwnym trafem sobie z nimi radzą. Podziwiam. Chyba.

Taak... ludzie mają różne kłopoty i niektórym nawet współczuję, jednak dla mnie, mimo, że zaczęłam zwracać pewną uwagę na resztę świata, moje kłopoty będą ZAWSZE najważniejsze.
Bo jestem dr K. i jestem suką, tak po prostu!

ps: to specjalnie dla Ciebie, ty frajerze bez ambicji.
całuski! ;s
Tagi: chaotycznie
04.10.2011 o godz. 10:32
Prawie żadne z moich przyjaciół, znajomych, nie ma pojęcia o tym miejscu. Nie powiedziałam, bo pragnęłam zostawić sobie jakąś przestrzeń, w której nikt nie będzie miał wstępu do mojej głowy i paradoksalne wybrałam blog.
Pomocne jest "wyspowiadanie" się z dręczących nas trosk, z chęci, z zamierzeń, ze zmian. Jednak teraz już wiem, że nic, absolutnie NIC nie zastąpi ciepła drugiej osoby.
Blog, pamiętnik czy zeszyt, nie przytuli nas kiedy potrzebować będziemy otuchy, nie pocieszy w momencie największego zwątpienia, nie podpowie jak rozwiązać problem.

Tak więc, pomimo, że we większości tego nie przeczytacie, dziękuję.
Jesteście lepsi niż orzechowa Milka, a to wiele znaczy. (:
Tagi: życie
01.10.2011 o godz. 14:52
Czytałam już chyba 12098124794509 artykułów na temat pewności siebie i wciąż nie rozgryzłam co to takiego, do cholery jest. Ja jakoś nie mam przeświadczenia, że jestem wspaniała i idealnie piękna - z naciskiem na idealnie. W sumie, to wcale nie czuję się osobą, która mogłaby być dla kogokolwiek wzorem.
Czy to można by nazwać pewnością siebie? Przekonanie, że jest się wzorem?
Nie wiem. Ale bardzo chciałabym się dowiedzieć.

Czy nie macie czasami wrażenia, patrząc na innych ludzi, że są cudownie inni, zachwycająco niepoprawni i absolutnie godni zainteresowania?
Ja mam!
Niektórzy emanują pewną specyficzną siłą pochodzącą prawdopodobnie z pogodzenia się ze sobą, że nie sposób takiej osoby nie zauważyć.
Podziwiam takie osoby. Ba, można powiedzieć, że nawet im zazdroszczę. Bardzo.

Słyszałam, że pewność siebie równoznaczna jest z przebojowością, sukcesem i wiarą we własne możliwości. Czyli, podsumowując, z całkowitą zajebistością.

Więc ja się pytam, co to do cholery ma znaczyć?
Jeżeli ktoś wie, to bardzo proszę mi powiedzieć, bo, cholera, też bym tak chciała!
Tagi: małe nic
30.09.2011 o godz. 16:41
właśnie 'wyczytałam', że biel jest nową czernią
więc co jest kurwa nową bielą?
nie ogarniam
Tagi: nic
24.09.2011 o godz. 10:10
Nie mogę spać. Nie mogę mówić, bo głos zastrajkował i boli mnie brzuch, a co za tym idzie mam masę czasu na robienie niczego. Uroczo...
Dla zabicia nudy zaczęłam "chodzić" po blogach i ku swojemu przerażeniu, czytać niektóre wpisy. Nie twierdzę, że jestem jakaś wybitna i mam prawo oceniać, kompletnie nie o to chodzi. Jednak dano mi prawo do własnego zdania, więc mam zamiar się nim podzielić - nie podoba się, to spieprzać.
Jak to powiedział Mój Ulubiony Kretyn jestem w nastroju stricte filozoficznym, więc może delikatnie zalatywać bufonadą, ale jeżeli ktoś to czyta, musi wytrzymać. Trudno. Ja jestem u siebie, TY niekoniecznie.
Tak więc przejdę wreszcie do sedna, bo po raz kolejny kręcę się wokół tematu i wypisuje jakieś bzdury. Poczytałam te wszystkie wpisy; jedne mnie ubawiły, inne zażenowały, jeszcze inne kazały się zastanowić nad polską edukacją młodzieży, jednak pomiędzy tymi wszystkimi pustymi i ekstremalnie bezsensownymi wpisami znalazły się takie od których człowiekowi włosy na całym ciele stają dęba. Mianowicie, jak można obojętnie przejść koło dziecka, która co chwila wypisuje: nie chce mi się żyć. Czasem faktycznie zakrawa to wpisywaniem się w tą psychodeliczną modę na bycie Imoł, jednak (i to jest zaskakujące, a może nie) innym razem widać, że to dziecko naprawdę tak myśli. Jedno ma ojca alkoholika, inne matkę, jeszcze inne oboje rodziców, są bite, poniżane, porzucane częściej niż można sobie wyobrazić. Bo, Kochani, wbrew temu, co powszechnie wiadome, jeden człowiek potrafi porzucić drugiego więcej niż raz. Są to setki, tysiące, miliony maleńkich porzuceń, które ranią wciąż tak samo bardzo. I nie mam tu na myśli odejścia, ale pozostawienie dziecka samego z trudnościami, problemami, kłopotami, niewysłuchanie, zbagatelizowanie, brak akceptacji i jeszcze wiele podobnych zachowań, które stworzą w końcu spaczony obraz rodziny, tak bardzo propagowany w naszym kraju.
Dlaczego tak uważam? Ponieważ żyje na tym świecie już od tylu lat, że zdążyłam zauważyć i zanalizować niektóre zachowania powszechne w społeczeństwie. Obojętność jest chyba cechą wrodzoną Polaków i pewnie nie tylko ich. Ale skąd brać przykład, jeżeli osoby, które powinny rządzić krajem, i nie mam tu na myśli tylko "najwyższej głowy państwa", bardziej się interesują podwyższaniem podatków i wprowadzaniem opłat za studia, aniżeli pomocą rodzinom potrzebującym wsparcia.
Każde państwo powinno stawiać na dzieci! Cholera, one są bezbronne, same nie dadzą sobie rady. Każde dziecko zasługuje na ciepły obiad, pożywne śniadanie, smaczną kolację. Na nowe ubranie i zabawkę, która może się pochwalić na podwórku. Na dorastanie w zgodzie ze sobą i w poszanowaniu jego praw, jego intymności. Każde dziecko zasługuje na to, by czuć się kochanym i potrzebnym. Nie potrzeba przecież tak wiele. Wystarczyłoby 10% pensji każdego polityka przeznaczyć na dom dziecka. I mam tu na myśli dom dziecka, a nie pensje dla jego pracowników.
Kolejna sprawa, nauczyciele w szkołach i wychowawcy w przedszkolach. Początek drogi zawsze jest trudny. Ciężko nam kiedy pierwszy raz idziemy do nowej pracy, załatwiamy pierwszą pożyczkę, a nawet kiedy po raz pierwszy idziemy zapłacić rachunki na poczcie. Więc, trochę wyobraźni - jeżeli dorosłym jest ciężko, jak musi czuć się dziecko po raz pierwszy idące do nowej szkoły, gdzie ma nową Panią, nowych kolegów/koleżanki i nowe otoczenie. Wtedy potrzeba kogoś kto je zrozumie i kto będzie w momencie, kiedy Maluch będzie tego potrzebował. I tu zaczyna się rola nauczyciela/wychowawcy. Gdyby to ode mnie zależało wprowadziłabym testy psychologiczne, którym poddawani byliby wszyscy, którzy w przyszłości pracować będą z dziećmi. Bezsensem jest przyjmowanie osób nie mających w sobie współczucia i poszanowania dla dzieci. Tak, one też wymagają dla siebie szacunku! Z własnego doświadczenia wiem, że trafienie na beznadziejnego nauczyciela, który uczy tylko dlatego, że na inne studia się nie dostał, bądź dla wakacji i wolnych weekendów, powoduje cholerne spustoszenie w psychice, nie do końca jeszcze wykształconej u, np. 7latka.
Wszystkie pieprzone aspekty prowadzą do tego, że wchodzi się kiedyś na blog 13-letniej dziewczynki i czyta się o tym jak to wypiła drinka, spaliła kilka fajek i zastanawia się czy "uprawianie seksu przez spodnie może prowadzić do ciąży". Matko Boska i Wszyscy Święci! Gdzie w takich momentach podziewają się Ci wszyscy obrońcy praw dziecka?!

Podsumowując - społeczeństwo staje się coraz głupsze, bardziej zadbane i mające coraz mnie zasad.
Wprowadzane są bezsensowne zmiany, mające odwrócić uwagę ogółu od naglących problemów.
A dzieci jak były, tak są i będą zaniedbywane.

Gratuluję!
24.09.2011 o godz. 08:40



Coś idealnie pasującego do mojego dzisiejszego nastroju i do tematu poprzedniego wpisu również.
Tagi: journey muzyka
23.09.2011 o godz. 20:39
Kiedy byłam małą dziewczynką, uparcie wierzyłam, że bajki mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie pojmowałam, że wszystkie te kolorowe książeczki, jakie dostawałam, ku swej ogromnej radości, od rodziców przy każdej możliwej okazji, a także i bez nich, mogą być kompletnie pozbawionym prawdziwości wytworem ludzkiej wyobraźni. Kto niby umiałby napisać Królewnę Śnieżkę, jeżeli nie samo życie.
W miarę jak dorastałam, następowała faza wyparcia i odrzucenia. Przestałam wierzyć, że te cudowne miłości, wredne macochy, ogromne przyjaźnie, mogą funkcjonować poza światem baśni i mitów. Odcinałam się od wyobraźni uznając, że jest z niej więcej zła niż pożytku. W końcu doszło do tego, że zatraciłam całkowicie swą dziecięcą naiwność, ale też wiarę w "dobre zakończenia" rodem z Disneyowskich opowieści. W tamtym momencie życie było tak popieprzenie szare, że kiedy o tym myślę, zaczynają przechodzić mnie dreszcze, a do głowy napływają same nieprzyjemne myśli.
Nadszedł dzień dzisiejszy i trzecia faza mojej wyimaginowanej, przerysowanej i totalnie nienormalnej walki z wyobraźnią. I co wyszło? Cóż, Kasia vs Wyobraźnia O:1.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że dobre zakończenia i hollywodzkie scenariusze istnieją, tylko człowiek zapatrzony w bezproblemowe życie amerykańskich rodzin ukazywane w głupawych serialach, nie potrafi docenić darów powierzanych nam przez los. Oczekujemy tak wiele, jednocześnie nie ciesząc się prawie wcale, kiedy jedno z marzeń się spełnia.
Ja w końcu zrozumiałam, że walka z losem jest cholernie nierówna, a życie nie składa się z samych sprawiedliwych momentów. Często czeka nas pieprzona droga przez mękę, by dobrnąć bez sił i chęci do osobistego raju.
Ale czym byłoby życie, w którym zabrakłoby problemów?
23.09.2011 o godz. 20:31
Nie mam nic przeciwko akademikom, w sumie można nawet powiedzieć, że jestem całą sobą za tymi miejscami. Można tu poznać ciekawych ludzi, zawierać przyjaźnie i te wszystkie inne brednie (bez obrazy), aczkolwiek czasem może tworzyć się problem, a mianowicie - kiedy do pokoju trafia się z osobą nieznaną, niezbyt kontaktową, a przy tym kurewsko denerwującą w pożyciu.
I wiecie co? Ja własnie trafiłam pod jeden dach z taką osobą. Boże, jakim to można nazwać pieprzonym pechem. Potrafię zrozumieć, by taka akcja zdarzyła się raz, nawet dwa razy nie będzie ogromnym problemem dla takiej osoby jak ja, bo na serio staram się utrzymywać z ludźmi dobre relacje, jednak czasem bywa tak, że się nie da. Choćbym nie wiem jak bardzo chciała i jak ogromnie się starała, nie potrafię wykrzesać entuzjazmu odnośnie zamieszkania i 'współżycia' z osobą, która wzbudza we mnie coś na kształt wstrętu? Nie, to złe słowo, może raczej totalnej niechęci. Tak, zdecydowanie wzbudza we mnie niechęć i złość. W sumie, nie znam jej nawet zbyt dobrze, a jednak jej w chuj nie lubię. Konkretnie, totalnie i nieodwołalnie nie lubię.
Dlaczego?
Hmm, czasem zastanawiałam się dlaczego bywa, że oceniam ludzi po pozorach, po pierwszym spojrzeniu, po kilku zamienionych słowach. Cholera, może jestem totalnie płytka? A może te osoby się właśnie w taki, nieciekawie chujowy sposób sprzedają, dając mi przy okazji do zrozumienia, oczywiście nieświadomie, że nie są warte uwagi.
Dajmy na to: nie lubię osób nie mających własnego zdania, nie lubię prostaków i ludzi wyrażających się chamsko i obraźliwie o czymś, o czym nie mają bladego pojęcia. Nie potrafię znieść głupawych odzywek popieprzonych chłopczyków uważających się za kogoś wspaniałego, zachwycającego i nie wiadomo jak pożądanego przez innych. Ale najbardziej ze wszystkich i najbardziej zajadle nienawidzę dziewczyn uważających się za kogoś w niewiadomy sposób lepszego od reszty otaczającego świata, tych aroganckich i niepotrafiących przyjąć do świadomości prostych komunikatów pochodzących od zewnętrznego otoczenia i jasno mówiących, że nie są ani nikim wybitnym, ani wszechwiedzącym, ani wyłaniającym się ponad przeciętność.
Czekam na moment, kiedy ktoś stanie przed jedną czy druga taką cud-dziewczynką i w twarz rzuci jej parę słów prawdy, sformułowanych w taki sposób, by trafiły głęboko, do tego oblepionego plasteliną i innym badziewiem móżdżka o wielkości zastanawiająco zbliżonej do główki od zapałki. Czy świat nie byłby lepszy, nie mówię, że piękniejszy, ale lepszy, jeżeli ludzie potrafiliby mówić do siebie szczerze, prosto w twarz, bez żadnych dodatkowych przekrętów, ułagodzeń, ulepszeń i tym podobnych bzdetów?
Boże, kiedy to się wreszcie stanie i czy w ogóle się stanie?
Kochałabym taki świat, nawet jeżeli często bym przez to płakała i nienawidziła. To byłoby łatwiejsze wiedzieć co ktoś o mnie myśli i nie żyć złudzeniami.

Wiem, że to chaotyczne, niezbyt zorganizowane i porozrzucane w różne strony. Wiem, że prawdopodobnie można się zagubić i zniechęcić po pierwszym czy jakimś kolejnym zdaniu.

Wybaczcie, właśnie tak się dziś czuję - wybaczcie.
Tagi: takie nic
18.09.2011 o godz. 20:53

UNTIL YOU FIGHT, YOU'RE A WINNER - podobno. tak mi powiedzieli.

Pocieszam się:
" Boom, boom, boom,
Even brighter than the moon, moon, moon.
It's always been inside of you, you, you,
And now it's time to let it through."



dziękuję, dobranoc.
08.07.2011 o godz. 20:11

Zdanie dnia: "Łelkam tu maj lajf i baw się dobrze".

wydaje Wam się czasem, że jesteście pieprzenie do kitu? mi tak. często. bardzo.
ostatnio "uszczęśliwia" mnie prosty fakt - przeżyłam 21 wyjebanie długich lat i nie osiągnęłam niczego ciekawego. same pierdoły. i gówno - więcej nie osiągnę - tak mi się wydaje. skończę moje genialnie ciekawe studia, będę się bujać z jakimiś kurduplami i ich mamusiami, które będą sprawiać, że dzień w dzień popełnię mentalne samobójstwo. świetnie!
a wszystko przez jeden pieprzenie nietrafny i pospieszny wybór. no i moje lenistwo, ale mniejsza. podsumowując - utknęłam w gównianych marzeniach mojego otoczenia o mdląco grzecznej, ułożonej dziewczynce.

Drogie Najbliższe Otoczenie, wiem, że to niesamowite, ale jestem KOBIETĄ. od pewnego czasu. kilku lat w sumie.
HELOŁ?!

no i tak to sobie wszystko gównianie płynie. a ja płynę pośród tego wszystkiego. i wcale, wcale, wcale mi się to nie podoba!

byłam wygadana, egoistyczna i inteligentna, a teraz jestem chujowo podporządkowana popieprzonemu OTOCZENIU i czuję się jak shit.

kocham swoje życie.
dziękuję, dobranoc.

06.07.2011 o godz. 20:28

[04.07.2011]


kurwakurwakurwakurwa!

Moja odpowiedz na : "Jutro bedzie lepiej"

przechodzac do sedna - wczoraj byla chujnia. dzis jest chujnia. jutro bedzie kac.
zycie jest piekne. uh :/
Tagi: nic
06.07.2011 o godz. 20:00

Sala samobójców.

Ciekawy. Niepokojący. Częściowo niezrozumiały.
To właśnie jeden z filmów "nowego pokolenia". Mówiący o realnym zagrożeniu, o realnym problemie, o realnej głupocie i braku zainteresowania ze strony najbliższych.
To temat mojej pracy licencjackiej.
Tak, mam świadomość, że ten pomysł jest kompletnie wariacki i może nie przejść, jednak będę walczyć.
Na takie tematy powinniśmy pisać i o takich tematach czasem rozmawiać. Problem może jest ciężki, jednak jeżeli o czymś nie mówimy, nie oznacza, że tego nie ma.

Wydaje mi się, że fenomen tego obrazu nie tkwi jednak w ciekawym temacie, ani nawet w sposobie jego zaprezentowania. To raczej możliwość zrozumienia wszystkiego co dzieje się na ekranie, po swojemu. Różnorodność opinii jest dobra. Daje do myślenia. Stwarza sposobność do wyciągnięcia pewnych refleksji.

Jeżeli brnąć dalej w ten temat, można zastanowić się nad sobą i swoim postrzeganiem, postępowaniem. Czy my również nie przedkładamy wyimaginowanego świata ponad rzeczywisty?
Ja, przyznając się, mogę powiedzieć, że zdarzyło mi się, że internet był moim światem, odskocznią od tego co dzieje się dookoła mnie. Odetchnięciem od niezrozumienia i braku akceptacji. To był wspaniały świat, wszystko szło tak jak sobie to zaplanowałam, tak jak chciałam, tak jak potrzebowałam. Ale co z tego? Dzień w dzień musiałam na kilka godzin wracać do tzw "reala", a wtedy przestawało być kolorowo. Ogólnie przestawało BYĆ. Chodziłam jak błędne koło, czekając aż mój świat wciągnie mnie na powrót w krainę szczęśliwości.

Taki świat jest niczym fatamorgana - z daleka widzisz cudowne miejsce, jednak kiedy już tam dotrzesz, okazuje się, że to było tylko przywidzenie.

Zdarza się, że to droga bez powrotu.
Bez powrotu.

14.04.2011 o godz. 12:35
Kas
Cause this is the end of the rainbow..
Skąd: zewsząd
O mnie: nie jestem pesymistką. optymistką też nie. cholera wie kim jestem..
statystyki
  • Czas na Bloblo: 0 dni 22 godziny 1 minutę
  • Napisanych notek: 17
  • Komentował: 24 razy
  • Zebranych komentarzy: 43
  • Ostatni wpis: 15.01.12, 12:03
  • Wpis średnio co:
  • Profil odwiedzono: 34254 razy
  • Ilość avatarów: 3
  • Ilość zdjęć: 0
  • Ilość filmów: 5
  • Ilość logowań: 29
  • Ostatnie logowanie: 20.05.12, 14:25
  • Ostatnio odwiedzili: Niedzisiejsza, milkaa, Lady-Lullaby, pantarhei, Maccsa, Bailey